księga linki ja sieć arch rss

[263]

nie mam pojęcia, czy ktokolwiek tu jeszcze zagląda. nawet ja zapomniałam o tym miejscu. serwer mi usunęli, szablon zniknął w odmętach sieci. coś jak pajęczyna. pojadę na wieś, to tam coś może wykombinuję, żeby nadać temu miejscu trochę charakteru, w coś je odziać.
w moim życiu dzieje się rzecz straszna - dorastam. pamiętam te wykłady polonistki, te w trakcie których bombardowała nas pobłażliwymi uśmiechami, mówiąc że dla nas - młodych gniewnych - świat jest czarno-biały i że z czasem straci on te kontury, zatraci się gdzieś ta nadwrażliwość na każdą istniejącą emocję. może to nie była nadwrażliwość, może nie nad. może zwyczajna wrażliwość, która powinna wyznaczać nam jej standardy, wzór od którego nie należało odbiegać? wszyscy wtedy buntowaliśmy się, czasem głośno, czasem tylko w sobie, choć nie mniej porywczo, że nie pozwolimy na to, że nie zgubimy tego nigdy, że białe pozostanie białe, a czarne - czarne. to chyba jednak był proces nieodwracalny i nieunikniony. powiedziałabym nawet, że tym ktorym się udało pozostać wciąż tym gniewnym, to chyba tak naprawdę w ogóle się nie powiodło. bez skrajności jest spokojniej. bardzo doceniam spokój. spokój jest na wagę złota. o! złoto... przydałoby się! to też atrybut dorosłości. pieniądze są ważne - moje najnowsze odkrycie. voila!  sama sobie klaszczę i winszuję takiej pomysłowości.
zapomniałam o tym miejscu, bo zapominam o sobie. nie mam czasu dla siebie, jeśli chodzi o ścisłość w tej kwestii dorosłości. nie kładę się już wieczorem i nie roztrząsam wszystkiego, nie dywaguję nad sensem życia, nie rozkładam moich rozmów minionych lub niedoszłych, nie spekuluję na temat tonacji jego głosu lub jej ewentualnych złośliwości. kładę się i myślę: cholera, muszę znaleźć pracę. tyle. żadnego podziału na dobro i zło, żadnych życiowych doznań, żadnych uniesień, dołów, serca palpitacji...
kiedy mam chwilę, zamiast tego zabieram się do... sprzątania, gotowania, oglądania filmów lub idę na piwo. nie mam wrażenia żeby to mój umysl pracował wolniej, gorzej czy bardziej ociężale. jakkolwiek patetycznie to zabrzmi: to serce. ono się do niczego już nie rwie jak kiedyś. nie tłucze się, nie lata po piersi jak szalone, nie zamiera. nie chcę powiedzieć, że duchowo obumarłam, że wypłukałam się z kolorów. wciąż we mnie jeszcze to jest. ten ogień. to jednak nie jest już diabelska pożoga. nie mam nic przeciw, jeśli chodzi o pastelowy kolor nadziei, nie doskwiera mi zupełnie szarość dnia, nie musi być czarno-biało, choć nie mam nic przeciw kontrastom.
wiele mam takich chwil ostatnio, które kiedyś spożytkowałabym okropnie się nad życiem użalając, gdyż z chwilą zdobycia tytułu magistra dołączyłam do zacnego grona bezrobotnych wykształciuchów. mgr: możesz gówno robić. sprzątam więc wszystko co mogę i co mi wpadnie w ręce. tak, ja. z chwilą przejścia na tę stronę mocy, nauczyłam się utrzymywania porządku. wszyscy jesteśmy w związku z tym w permenentnym szoku już prawie rok. dziś, przetrząsając moje skarby, które gromadzę od zawsze (właśnie napoczęłam kolekcję piątego pudła...) natrafiłam na spis sms-ów sprzed lat przynajmniej siedmiu. wielu już nie rozumiałam, szczególnie tych (nie wiedzieć czemu) od koleżanek. koledzy po prostu zawsze pisali coś uroczego, romantycznego w czym kontekst był raczej mało istotny. było w nich jednak o blogu, było o przyjaźni, było o starych miłościach. byłam młoda. wciąż jestem, ale wtedy byłam rozkosznie, cudownie... młodsza. nie miałam tych siedmiu niepotrzebnych kilogramów. nie byłam tak bliska ćwierćwiecza. byłam nastolatką, której tak wiele można było wybaczyć.
w czytaniu sms-ów od Marudy, nejlepszego i najwspanialszego wówczas przyjaciela (którego imienia, a jakże!, nie mogę sobie przypomnieć... Jarek? Marek?) dotarłam zaledwie do czwartej strony... gdy trafiłam na tekst "czy jest tutaj jakaś młoda, gniewna lwica o pięknym imieniu Natalia?", to odpłynęłam w tamten czas.
byłam bardzo gniewna. mało z tego gniewu narobiłam głupot, ale strasznie się nagniewałam. nic nie było mi obojętne, na wszystko się wściekałam. ależ ja byłam beznadziejnie pogniewana na świat. notorycznie i non-sop. od sms-ów zawędrowałam tu. czytałam notki, czytałam komentarze... po co ja się tak na ten świat wściekałam? większości powodów dla całego tego roztkliwiania się i wszystkich tych nerwów, zupełnie nie pamiętam. w szerszym kontekście nie miały one absolutnie żadnego znaczenia.
wzruszyłam się tym powrotem do młodości. wzruszyłam, bo mimo tego gniewu, dobrze się wtedy bawiłam. bo gdy dzieci mnie zapytają o moją młodość, to będzie coś, o czym na pewno wspomnę.
no i jest już po pierwszej w nocy, ja jutro muszę wcześniej wstać, a tymczasem leżę w barłogu, między stosem notatek, zapisków i innych moich skarbów, które miałam posprzątać. jak za dawnych lat. czy jutro nie ma może czasem sprawdzianu z historii?
i jedna tylko, chyba najstraszniejsza, a na pewno najbardziej dorosła myśl: to już było. to się nie wróci.


skomentuj (2) 2011-08-09 01:31:41

¤¤¤

design by me
tekst z Californication (Mia & Hank)

statystyka